Z PAMIĘTNIKA KINGI



8 maja 2006, Liberia


...Ale najbardziej szokująca wiadomość znajduje się w przewodniku Lonely Planet po zachodniej Afryce, który pożyczył mi do przejrzenia jeden z Czechów. Dotyczy to kolejnego kraju na mojej drodze - Wybrzeża Kości Słoniowej. Otóż Ivory Coast jest największym na świecie producentem kakao. I podobno pracuje tam na porozrzucanych po kraju plantacjach 15 tysięcy dzieci-niewolników. Część z nich sprowadzona jest z biednych obszarów Burkiny Faso czy Mali - czasem w obietnicy płatnej pracy, czasem kupowana wprost od zadłużonych rodziców, czasem porywana. Tu pracują bez wynagrodzenia, są rzadko karmione i regularnie bite. Jest nawet podobno targ dzieci-niewolników, na których można dziecko kupić za około 60 dolarów. Postanawiam, że jeśli uda mi się znaleźć ten targ, kupię tam najmizerniej wyglądające dziecko i... nie wiem co z nim zrobię, w każdym razie postaram się, aby miało lepszą przyszłość.



       

↑ wróć na górę strony ↑

17 maja 2006, Wybrzeże Kości Słoniowej


Późnym wieczorem, nie licząc na wiele poruszam temat dzieci-niewolników, może on coś o tym słyszał i o targu.
- Tak, jest tu targ dzieci. W Abidjanie możesz kupić wszystko - mówi Rasta.
- Zaprowadzisz mnie tam jutro? Chce kupić dziecko.
- Nie ma sprawy. A co, masz plantacje w Polsce?
Chwilę zajęło mi wytłumaczenie, no bo - jeśli nie na plantacje, to po co mi dziecko... Ale kiedy pojął, zaczął rzucać ofertami:
- Chcesz, dam ci mojego chłopca. Za darmo.
Bo sam ma dwójkę dzieci, każde z inną dziewczyną, obydwoje wychowuje rodzina jego mamy w Ghanie.
- Albo możesz wziąć córkę mojej siostry, jeśli wolisz dziewczynkę. Albo jeśli chcesz niemowlę, mam znajoma prostytutkę. Będzie wołała sprzedać dziecko tobie. Bo ty nie utniesz mu głowy.
- O czym ty mówisz Rasta? - pytam nie wierząc moim uszom.
- Bo jak sprzeda komuś innemu, to utną mu pewnie głowę. Z główek dzieci robi się lekarstwa.
- Jakie lekarstwa?
- Lekarstwa czarnej magii. Na wzbogacenie.

       

       

       



↑ wróć na górę strony ↑

Maj 2006, Akua idzie do szkoły

Nie sądziłam, że znaleziona przypadkiem w przewodniku informacja o dzieciach-niewolnikach doprowadzi mnie aż tu. Mam na myśli nie tylko miejscowość, z której pochodzi Akua, lecz przede wszystkim to, że mogę mieć wpływ na ludzkie losy. Bo życie Akuy zmieniło się diametralnie z dnia na dzień. Może nie była ona niewolnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale czymże różniła się jej codzienność od tej, której doświadczają niewolnicy? Z dala od swej rodziny, w obcym kraju, pracowała ciężko całymi dniami, świątek, piątek i niedziela. Jak długo to trwało? Ekua nie potrafiła zliczyć mijających tygodni, miesięcy i lat, tak samo, jak nie potrafiła określić swojego wieku. Wiedziała tylko, że kiedyś nie dostała zapłaty. Pieniądze prawdopodbnie zostały wypłacone, nie trafiły jednak ani do dziewczynki, ani do jej rodziny, lecz przejęła je osoba, która przywiozła Ekuę do pracy, twierdząc, że to na pokrycie kosztów transportu, zakwaterowania i wyżywienia.

Akua nie domagała się niczego, nie dbała o pieniądze ani zadośćuczynienie za niesprawiedliwość, jakiej doświadczyła – była po prostu szczęśliwa, że może wrócić do domu. Ten dom to niewielkie pomieszczenie u babci, które za dnia jest kuchnią, w nocy zaś - miejscem odpoczynku babci, ciotki, Ekuy i jeszcze kilkorga dzieci, w średnio ciekawym, rybackim otoczeniu.

O matce Akuy wiem tylko tyle, że nie ma jej tutaj. Ojciec-rybak czasem tu bywa, ale nie za bardzo interesuje się córką. Właściwie to sama Ekua jest jakby matką dla swojego młodszego brata i jeszcze młodszej siostry. 'Akua' w lokalnym języku znaczy 'środa' – to niezbyt wyszukane, ale dość popularne imię dla dzieci urodzonych w tym dniu tygodnia. Jej rodzina, będąc pod wrażeniem powrotu Akuy do wioski w towarzystwie białego człowieka, poprosiła mnie, bym nadała jej jakieś chrześcijańskie imię. Ponieważ moje afrykańskie imię brzmi 'Malaika' i znam też piekną piosenkę o takim tytule, postanowiłam tak właśnie nazwać swą przybraną córkę. Tak, córkę, gdyż bardzo szybko zaczęła do mnie mówić 'mamo'.

Zaprowadziłam Malaikę do szkoły. To niewielka, prywatna szkoła na obrzeżach miasteczka, która z pewnością będzie bardziej odpowiednia dla kogoś, kto stracił kilka początkowych lat nauki. Prywatna szkoła, w której czesne wynosi niespełna dziesięć dolarów za kwartał. Dyrektor dał mi listę potrzebnych książek. Włożyłam je do tornistra obok rzeczy przywiezionych z Abidjanu. Kupiłam nowe tenisówki, trochę różowego materiału na mundurek szkolny, zapłaciłam krawcowej za jego uszycie i już po trzech dniach Malaika pomaszerowała do szkoły z wszystkimi potrzebnymi przyborami, ubrana tak, jak pozostałe uczennice.

↑ wróć na górę strony ↑


Martwiłam się trochę. Dzieci w klasie Malaiki są od niej młodsze. Potrafią już mówić, czytać i pisać po angielsku, tymczasem Akua nigdy nie miała długopisu w ręce. Wierzę, że przy dobrej woli nauczyciela i jej staraniach wszystko nadrobi, niemniej jednak martwiłam się o to, jak odnajdzie się w klasie. Okazało się jednak, że moje troski były niepotrzebne, gdyż Malaika jest bardzo towarzyska i choć nie odróżnia litery A od B to zaskarbiła sobie sympatię czym innym. Była przecież w wielkim mieście za granicą, podczas gdy większość dzieci nie wychyliła nosa poza własne miasteczko. Mówi trochę po francusku, a co najważniejsze – wróciła w towarzystwie białego człowieka i już samo to sprawia, że jest dla nich kimś szczególnym.

A teraz opowiem wam, jak się odrabia lekcje po afrykańsku. Malaika siada na niskiej ławeczce pośrodku podwórka. Nie zwraca uwagi na kozy zajęte nieopodal poszukiwaniem pokarmu, na swego nagiego braciszka uganiającego się po podwórzu za kurczakiem, na kuzynów wskakujących raz po raz na ławeczkę, ani na ciekawskie ciotki zebrane wokół niej. Otwiera zeszyt. Pisanie w nim cyfr okazuje się być na początek zbyt trudne. Próbujemy zatem czegoś innego, powoli, nie wszystko naraz. Biorę odłamek czarnego łupka i kreślę na nim kilka trójek jedna za drugą, podaję Malaice, by zrobiła to samo. Malaika uważa, że łatwiej jest napisać '3' obrócone o 90 stopni. Ciotka karci ją klepnięciem w głowę. No tak, nie będzie łatwo, ale mam nadzieję, że sobie poradzi.



Wyjaśniłam rodzinie Malaiki, że mój przyjaciel z Ameryki będzie ją wspierał finansowo do czasu ukończenia szkoły. Trudno mi jednak przestać myśleć o innych dzieciach, które powinny chodzić do szkoły, a nie chodzą. U sąsiadów widziałam dwie dziewczynki, trochę młodsze od Malaiki. Jedna biega całymi dniami niemal bez ubrania, jak jakaś dzikuska, a druga – nieco starsza- opiekuje się swoim maleńkim braciszkiem nosząc go w chuście na plecach. Mieszkają jakieś pięć minut drogi od bezpłatnej, rządowej szkoły, a mimo to nie uczęszczają do niej. Dlaczego? Powód jest prosty – szkoła, owszem, jest bezpłatna, ale rodziców nie stać na kupienie mundurka, książek i przyborów szkolnych. Kupiłam zatem materiał, zapłaciłam krawcowej za uszycie kolejnych mundurków, zdobyłam zeszyty, długopisy, ołówki i kredki, zapakowałam to wszystko do używanych tornistrów sprowadzanych z Europy, jakie udało mi się tanio kupić na ulicznym stoisku.

↑ wróć na górę strony ↑


Wydałam w sumie... jakieś dziesięć dolarów na wyposażenie do szkoły jednego dziecka. Teraz jestem już w Akrze, podjęłam właśnie kolejny przekaz pieniężny od Jasona. Jason był tu wcześniej jako wolontariusz w bibliotece i teraz chce, bym kupiła coś jego znajomym oraz dzieciom, z którymi tu spędzał czas. Jak to ujął – przysłał mniej pieniędzy, niż zarabia w jeden dzień, a jednocześnie więcej, niż niejeden Afrykańczyk zarabia rocznie...
Dziś przechodząc obok stoiska z importowanymi używanymi torbami, wygrzebałam z pokaźnej sterty kilka ładnych, kolorowych tornistrów. Dokładnie mam ich siedem, po około 1 euro za sztukę. Dokupię do nich wyprawki szkolne. Jestem więcej niż pewna, że gdy za kilka dni odwiedzę Malaikę przed wyjazdem z Ghany, bez trudu znajdę dzieci, które będą przeszczęśliwe z takiego prezentu.



Kinga

↑ wróć na górę strony ↑